Problemy krótkofalarstwa czyli łyżka dziegciu w beczce miodu

Udostępnij:

Kto czytał artykuł „Czym właściwie jest krótkofalarstwo” doskonale wie, że mój stosunek do tego hobby jest pozytywny. Płynie z niego wiele dobrego dla pojedynczej osoby, jak i dla ogółu społeczeństwa. Krótkofalarstwo jest jednak czymś nie konwencjonalnym, czymś, co swe lata świetności ma już dawno za sobą. Jako, że jestem stosunkowo młodym krótkofalowcem z podziwem wsłuchuję się w prawienia starszych kolegów o tym, jak to kiedyś było, a teraz już nie jest. Barwne opowieści o dalekich DXach, czy braku wolnych częstotliwości przeplatają się z narzekaniem na nowe pokolenia, na ich brak zainteresowania. Ot, przywoływane są stereotypowe poglądy, o tym jacy to zapatrzeni w smartfony czy ekran komputera są współcześni młodzi ludzie. Niniejszym tekstem chciałbym przedstawić, jak wygląda krótkofalarstwo okiem dwudziestokilkuletniego człowieka oraz wskazać na pewne problemy, które być może ciężko dostrzec będąc zatopionym w kilkudziesięcioletniej przygodzie radiowej. Niech ten tekst będzie manifestem, rzuconym na pohybel tym, którzy patrzą na świat zaślepieni nostalgiczną wizją dawnych lat, mającym za nic zmiany, które uderzają w świat rok po roku i tym którzy zapatrzeni we własne ego stracili wiarę w przyszłość.

Świat się zmienił

Świat się zmienia, a my zmieniamy się razem z nim. Zmienia się władza, zmienia się ustrój, a i PIR zmienia się w UKE. Zmieniają się też ludzie i zwyczaje. Dzisiaj niemalże w latach 20 XXI wieku człowiek ma tyle możliwości robienia czegoś, że prawdopodobieństwo tego, że trafi akurat na krótkofalarstwo, jest takie samo jak to, że zajmie się zawodową grą w krykieta. Nie dlatego, że to nie ciekawe, mało ambitne czy bezsensowne, a dlatego, że żeby się czymś zainteresować trzeba mieć z tym styczność. Dzisiaj nie ma zwyczaju rozmawiać przez radio, nawet CB w samochodzie zostało wyparte przez aplikacje na smartfony. Gdzie zatem potencjalny radioamator ma znaleźć tę iskrę, która z czasem rozpali w nim ogień fascynacji radiem? Choć świat biegnie, krótkofalarstwo zdaje się stać w miejscu, jakby uwięzione w pajęczynie swych zmyślnych anten. Żyjemy w czasach, kiedy marketingowcy dwoją się i troją jak zwrócić uwagę na produkt. Tymczasem krótkofalowcy naiwnie wierzą, że przyciągną uwagę samą swoją egzystencją. Przecież mamy się czym pochwalić, czym inspirować! Obrazek SSTV odebrany ze stacji kosmicznej, choć de facto nie jest wyzwaniem, jeśli chodzi o jego odebranie, może dać do myślenia, wzbudzić emocje i sprowokować do wpisania w Google frazy „radio amatorskie”. Wyjdźmy do ludzi, dajmy się poznać! Dla zobrazowania krytyczności sytuacji dodam, że bar z kebabem w mojej okolicy ma więcej polubień strony na Facebooku, niż PZK członków.

Pierwszy błysk

Co się dzieje z człowiekiem, który pomimo wszelkich trudności trafił w bezkresie internetowego oceanu na ledwo widoczny ślad krótkofalarstwa? Ano kupi tak znienawidzonego przez środowisko Baofenga. Kiedy już go będzie miał, zacznie szukać o nim informacji. Nie dużo czasu minie, zanim trafi na pewne forum, gdzie dowie się, że dla takich jak on amatorów chińskich „baofungów”, nie ma miejsca w świecie krótkofalowców i że to tacy, jak on odpowiadają za cały syf na przemiennikach. Ledwo tlący się żar zainteresowania zostanie w nim brutalnie zgaszony. Sukces! Można dalej, uśmiechając się pod wąsem narzekać na młodych, którzy przecież niczym się nie interesują. Przecież to ich wina, że nie są krótkofalowcami — ot głupcy bez ambicji.

Od ogółu do szczegółu czyli Polski Związek Krótkofalowców

Choć bycie członkiem PZK daje pewną satysfakcję, bowiem partycypujemy w organizacji reprezentującej środowisko na forum kraju, jak i za jego granicami, to jednak na tej satysfakcji się kończy. Obrót kartami QSL to obecnie chyba jedyna wymierna korzyść dla członków. Problem nawet nie jest w opłacalności bycia zrzeszonym. Problemem jest jednak zimne, wyrachowanie PZK. Wystarczy spóźnić się z opłatą składki, a już automatycznie przestajemy być członkiem związku. Kiedy zakładamy konto na jakimkolwiek portalu zawsze dostajemy e-mail z podziękowaniem, jest to mały gest, który zbliża klienta do marki. Tymczasem po zapisaniu się do Polskiego Związku Krótkofalowców, nie dość, że nie było mowy o żadnej notce w stylu „Cześć, fajnie, że jesteś z nami”, to jeszcze po pewnym czasie poproszono mnie o skan legitymacji studenckiej, żeby się upewnić czy na pewno mogę płacić ulgowe składki. Takie podejście sprawia wrażenie, że tylko o te składki chodzi. Czy dla związku szeregowy członek jest jedynie aktywem z półroczną kapitalizacją? Mam nadzieje, że nie, jednak takie wrażenie niejednokrotnie można odnieść…

Co poczynić?

Żeby rozpalić ogień potrzeba zapałek. Jeden patyczek, z główką z siarki potrafi sprawić, że w martwym drewnie zaczyna tańczyć płomień. Tą zapałką powinniśmy być my — Krótkofalowcy. Zamiast kłócić się na internetowych forach, starajmy się dbać o nasze dobre imię i na każdym kroku dawajmy o sobie znać, tak aby każdy zainteresowany mógł się o nas dowiedzieć. Na koniec mam nadzieję, że powyższy tekst nie stanie się kością niezgody, a impulsem do działania, do dyskusji i odrodzenia krótkofalarstwa.

SP9IDA

Łukasz SP9IDA